1 lipca 2016

FLOWER TO FLOWER, CZYLI O STYLU FLORENCE WELCH

  Ciągle powtarzam, że styl jest odzwierciedleniem osobowości. Więc czy za zmianą  charakteru podążają zmiany w garderobie, a może odwrotnie? Jak zmieniała się garderoba Panny Welch, a razem z nią jej właścicielka? Przejrzałem pokaźny zestaw zdjęć i postaram się odpowiedzieć na to pytanie (przynajmniej samemu sobie).
Wypłynęła jako umazana brokatem dziewczyna w swetrze z południowego Londynu. Miejscami babcina w swoim wyglądzie, ale nie babciowata. Od razu widać w tym wszystkim fascynację ubraniami vintage. W 2009 wydała swoją debiutancką płytę, na okładce której wygląda niczym Ofelia  z obrazu Johna Everetta Millaisa. Wraz z pierwszymi sukcesami rosła pewność siebie, a co za tym idzie pierwsze zmiany. Widzimy więc ową Ofelię, biegającą po scenie w body, jej nieuczesane włosy szarpane są przez wiatr, który jednak nie narusza mocno nałożonego makijażu. Dominuje czerń, nie jest to jednak pogrzebowy aksamit, ale delikatne falbany, czy frędzle mogące poruszać się w każdą stronę. Ukwiecona scena przenosi słuchaczy na łąkę a my razem z Flo śpiewamy Rabbit Heart.


  Z rozpromienionej polanki wkraczamy w nieco poważniejsze klimaty. Ogólna estetyka zamknieta jest w murach gotyckiej katedry. Głębokie dźwięki i elementy chorału nadają nieco poważniejszy klimat. Kariera Florence też wkracza na poważniejsze tory. Już nie szuka ubrań po second-handach jak niegdyś, a  to wszystko za sprawą współpracy z Gucci. Frida Giannini tworzy garderobę pełną intensywnych kolorów i kwiatowych aplikacji. Należy też wspomnieć o majestatycznej czarno-złotej pelerynie, która była dość mocno eksploatowana podczas trasy. Wiele osób uważa to za najlepszy okres w ubraniowych dziejach wokalistki. Jak tu nie lubić długich do ziemi sukni, które wirują wraz z ich właścicielką na scenie. Osobiście w całym tym szalonym okresie wyróżniłbym jedno wydarzenie, fuzję moich dwóch ukochanych światów. Jest to pokaz Chanel na sezon wiosna/lato 2012. Pod koniec przemarszu modelek z wielkiej muszli, niczym Afrodyta wyłania się Florence ubrana w suknię projektu Lagerfelda i śpiewa podczas gdy ja już dostaję wizualnego orgazmu.  Był to moment ostatecznego potwierdzenia jak silny związek łączy wokalistkę z modą. Czerwony dywan wcale nie wypada gorzej, największe nazwiska branży chcą ubierać charyzmatycznego rudzielca, a należą do nich: Valentino, Alexander McQueen lub Givenchy, które najmocniej zapisze się na tej mapie, dzięki pamiętnej zielonej sukience, zwanej potocznie t-rex dress. Teraz nic już nie jest przypadkiem, wystudiowane kreacje oraz przemyślane fryzury zapierają dech w piersi, ale jak się później przekonamy będzie to trudne.


  Po męczących występach na całym świecie Florence dochodzi do wniosku, że chce odpocząć, przestać bywać. Cała, abnegacja dla wszelkiego rodzaju blichtru dość mocno będzie przejawiać się  w jej wizerunku. Śpiewając piosenki z How Big, How Blue, How Beautiful,  nie ma już beztroskiej nimfy. Pojawia się za to świadoma siebie kobieta. Ubiorem nie podkreśla już tak bardzo swoich walorów. Można posunąć się do stwierdzenia, iż jest aseksualna, nosząc jednokolorowe garnitury, dla których jedynym tłem jest biała koszula niczym z lat 70. Nie do końca musi mi się to podobać, ale widać emanujące z tego szczęście, niczym nieskrępowaną wolność wyrazu, miejscami dosłowną, kiedy zrzuca z siebie koszulę podczas Dog Days Are Over.  
  Związek Welch i Gucci przetrwał wszystkie zawirowania w świecie mody, a pojawienie się Alessandro Michele wprowadziło zupełnie nową jakość w warstwę wizualna zespołu. Półprzezroczyste sukienki projektu Włocha subtelnie uwydatniają to, co powinny, podczas gdy flonogi (sic!) nie krzyczą do nas ze sceny. Według mnie jest to bardzo udana symbioza, można dostrzec w tym coś z pięknej posągowej bogini jaką była Florence, ale jest to też lekkie i wyzwalające, czyli wpisuje się w zamysł najnowszej płyty. 


  I o ile w wizerunku scenicznym oraz oficjalnych wyjściach ktoś może maczać swoje komercyjne palce tak prywatny styl wokalistki jest również godny podziwu. Początkowo królowały znaleziska z lokalnych vintage shopów, kwieciste sukienki i skarpetki uroczo wystające z butów. W miarę głębszego wkraczania w showbiznes wszystko stało się bardziej wysublimowane, niezależne (tak, to lepsze słowo) od jakichkolwiek czynników. Buty na słupku, dopasowane spodnie, które potem przekształciły się w miłościwie panujące dzwony, czy kapelusze sprawiły, że zdjęcia uchwyconej na ulicy Flo stały się hitami internetu, a rozemocjonowane redaktorki mogły rozpisywać się o eklektycznych połączeniach w duchu boho. 




  A jaki z tego wniosek? Myślę, ze bardzo prosty, nikogo nie zaskoczy, jednak trzeba było trochę przepracować, by do niego dojść. Czy prywatnie, czy „służbowo” Florence od zawsze jest wierna sobie, nie stawia na chwilowe trendy, lecz konsekwentnie buduje swoją garderobę. Wszystko, co kiedykolwiek miała na sobie było z pewnością odzwierciedleniem jej stanu ducha, może nawet manifestem. I pozwalając sobie na moment dość ostrej prywaty powiem tylko tyle, że jestem dumny mogąc być fanem kogoś, kto jest prawdziwym artystą, a nie tylko wytworem globalnego marketingu. 



Brak komentarzy :

Prześlij komentarz